INNE MEDIA
Robert Kuśmirowski - ma niezwykły talent (dar) kopiowania. Jednak to byłoby jeszcze mało by stworzyć sztukę.
Idea sztuki jako naśladownictwa to podstawa teorii sztuki od Starożytności po awangardy XX wieku. Jednak źródłowo, w Starożytnej estetyce występowała nieodłącznie od idei iluzji, pojmowanej nie tylko jako złudzenie wizualne ale także wywoływanie uczuć, wrażeń, stanów psychicznych, oraz od idei katharsis czyli duchowej przemiany odbiorcy. Ta trójca zasad uległa w dziejach teorii sztuki rozdzieleniu, w zależności od stanowiska eksponowano jedną z nich.
Tak więc, samo naśladowanie sztuki nie czyni. Ponadto, awangardy XXw. walcząc ze swoim głównym wrogiem, Akademizmem, dokonały zdecydowanego potępienia naśladownictwa. Współczesna, po-awangardowa, sztuka tworzyła się wraz z rozwojem technologii a ta pozwala sztuce na tworzenie naśladownictw oraz iluzji (światy wirtualne). Jest w tym zaangażowana, perswazyjna, pragmatycznie bliska życiu, wbrew awangardowej zasadzie sztuki dla sztuki. Robert Kuśmirowski zaczął od kopiowania dokumentów i drobnych przedmiotów. Stopniowo zwiększał skalę realizacji. Ten proces osiągnął szczyt w odtworzeniu wagonu kolejowego, najpierw w galerii Biała w Lublinie (także tam pokazywał wcześniejsze prace - Kuśmirowski studiował z Lublinie na Wydziale Artystycznym UMCS), a następnie na wystawie Novart.pl w Krakowie. To ta prezentacja zwróciła na niego szerszą uwagę. Ja sam, doceniając perwersję konceptu oraz fachowość wykonania, zadawałem sobie wtedy pytanie, czy artysta jest w stanie wyciągnąć z kopiowania dalsze konsekwencje artystyczne. Bo samo kopiowanie to jednakowoż zbyt cienka idea artystyczna. Kopiowanie musiało zyskać jakiś sens poza samym stworzeniem kopii. Łatwo sobie wyobrazić, że artysta jest zdolny do stworzenia kolejnych kopii o skali zupełnie szalonej, tylko po co? Gdyby tylko kopiował nie byłoby z tego sztuki ani z Kuśmirowskiego artysty.
Nie uległ także pokusie komercyjnej. Przypomnę, że podobnie uzdolnionym artystą, potrafiącym doskonale odtworzyć powierzchnie drewniane czy kamienne jest Piotr Grzybowski. On jednak, choć żyje w Nowym Jorku ze swoich umiejętności, nigdy nie rozwinął ich w większy projekt artystyczny.
Ale Kuśmirowski od kopiowania poszczególnych rzeczy przeszedł do skomplikowanych projektów, a zamierzenia ma jeszcze większe. Od kopiowania przedmiotów doszedł do kopiowania sytuacji, wydarzeń, od dzieł do projektów. Przejechał na rowerze trasę Paryż - Luksemburg - Lipsk i stworzył z niej dokumentację, tyle że stylizowaną na lata 20 ubiegłego wieku, wraz z kopią roweru z tego czasu (jechał na historycznym oryginale). Praca była pokazywana w Wiedniu, czeka na możliwość prezentacji w Polsce.
Na wystawie w Laboratorium w CSW pokazał pracę polegającą na odtworzeniu lustrzanego odbicia pomieszczenia. Zostało ono podzielone na dwie części. W przegradzającej je ścianie było zamontowane lustro. Jednak odbicie w lustrze było iluzją lustrzanego odbicia, gdyż było odtworzone w realu. Lustro nie było lustrem, tylko zwykłą szybą przez którą zaglądaliśmy do lustrzanej kopii pomieszczenia w którym się znajdowaliśmy. Pomieszczenie galerii zostało zaaranżowane na podobieństwo robotniczej pakamery, zwanej też kanciapą. Stylizacja historyczna cofała nas w lata socjalistycznego, PRLowskiego etosu pracy z całym towarzyszącym mu syfem, niechlujstwem, rozpierdzielem budowlanym z dodatkiem propagandy. Wszystkie detale po drugiej stronie lustra były odtworzone z doskonałą precyzją (łącznie z dbałością o kierunek cieni rzucanych przez przedmioty). Pomieszczenie-odbicie nie było kwestią umowną ale absolutnie dosłowną. Jak lustro to lustro.
Poza odtwarzaniem, jego sztuka ma kilka innych cech charakterystycznych, które mówią o kierunku w jakim zmierza myślenie artysty.
Cechą prac Kuśmirowskiego jest humor, ironia świadczące o budowaniu dystansu wobec przedmiotu swojej pracy.
Inną, dającą się wyodrębnić cechą jego sztuki jest cytat historyczny, zwłaszcza pokomunistyczny (jego wcześniejsza praca to paczka Sportów). Nadaje to kontekst kulturowy jego pracom.
Ręczna robota w iluzyjnym odtwarzaniu w erze cyfrowej wydaje się wysiłkiem, jeżeli nie zbytecznym, to perwersyjnym w swoim zbytku. Kuśmirowski nie występuje tu jako kontestator technologii (fotografie z dokumentacji rowerowej były postarzane cyfrowo). Wydaje się, że jest świadom tego, że to właśnie współczesne możliwości cyfrowej obróbki nadają specyficzny kontekst jego pracy. A szerzej, punktem odniesienia tej pracy staje się współczesna cywilizacja. To ją ostatecznie chce ręcznie odtworzyć, skopiować, odzwierciedlić. Sam artysta nie formułuje tu jakiś wniosków. Może jeszcze przyjdzie a to czas przy okazji kolejnych projektów.

Jeszcze słowo o tytule:
"Inne media" - kiedyś na wystawach pisało się, że prezentowane jest malarstwo, grafika, oraz "inne media" którym to enigmatycznym mianem określano wszystko co nie było robione tradycyjnymi technikami artystycznymi. Nie potrafiono jeszcze ich nazwać, a także nie było do owych "innych" zaufania, także szacunku. Dziś owe tajemnicze "inne media" to podstawa sztuki. Dziś to malarstwo i grafika mają ówczesny status "innych". Kuśmirowski stawiając na zdolności manualne odnawia ich sens właśnie w kontekście dominacji sztuki opartej technicznie na mediach cyfrowych.
Łukasz Guzek
DOKUMENTACJA FOTOGRAFICZNA WYSTAWY > > >

W poprzednim Artinfo opublikowaliśmy list Władysława Kaźmierczaka w którym tłumaczy on powody odwołania wystawy Doroty Nieznalskiej w Baszcie Czarownic w Słupsku, oraz komentarz Łukasza Guzka do tego listu. Zobacz Artinfo 19 > > >

Oto komentarze nadesłane w reakcji na te teksty. Dotykają one wielu problemów, często wykraczając poza jednostkową "sprawę Nieznalskiej", budując szerszą perspektywę kulturową. Czy jest to początek debaty nad tym, co ważne dla naszej sztuki? Wydaje się, że taka debata byłaby potrzebna. Byłby to b.pozytywny efekt tej niewesołej historii.

DOROTA NIEZNALSKA:

Lament nad rzeczywistością (W. Kaźmierczaka)

Tak, "decyzja dramatyczna, zaskakująca, ale najlepsza z możliwych".
Nie będzie wystawy Nieznalskiej w Słupsku,- diabeł przepędzony.
"Całonocne czuwania i modlitwy wiernych w intencji nawrócenia" Nieznalskiejczarownicy i niedopuszczenie do prezentacji jej wystawy powiodły się.
Siostra Ryszarda z klasztoru Klarysek otarła już łzy i śpi dzisiaj spokojnie.
A Nieznalska może poczekać!
Zwłaszcza, że właściwie nie wiadomo co ona w tym Słupsku chciała pokazać, "jakiś obiekt i jakaś muzyka- jakby kościelna. Słowem nic takiego".
Ona sama niewiele mówiła. Chociaż "Klaman -artystyczny instruktor Doroty mówił, że przygotowuje ona ostrą niespodziankę na Słupsk". Lokalne media też w pełnej gotowości już czekały na kolejny skandal, "brutalną (dla katolików)
prowokację"
, a Nieznalskaczarownica z zadowoleniem zacierała ręce i nie trzeba (nie, nie!) jej wcale odczarowywać ",bo aura kontrowersyjnej artystki też może być pociągającą strategią".
... "I zacząłem ze smutkiem myśleć o taktyce działania i moralności artystów z kręgu sztuki krytycznej."
W Polsce respekt przed kościołem i religią mają wszyscy i "nie można wzruszać ramionami i udawać ,że tej rzeczywistości nie ma. A zwłaszcza wtenczas, kiedy dotyka jej artysta."
Czy ona ma prawo zorganizowanej społeczności kościelnej wciskać własną ideologię!?, czy ma prawo histerycznie rozgłaszać na prawo i lewo jak została pokrzywdzona!? Dlaczego "Nieznalska szantażuje nas swoją rozpaczą"?
"Dlaczego ckliwe emocje młodej artystki mają wyznaczać standardy postępowania galerii?" "Dlaczego unika ostrego spojrzenia na realne fakty?"
"I w końcu, dlaczego nie chce lub nie może zrozumieć rzeczywistości ,w której żyje? Uprawiając sztukę krytyczną!"
Niestety, jej żadne argumenty nie przekonują.
"Jesteśmy bezbronni w każdej sytuacji, tylko, że nasza bezbronność w ogóle nie podoba się artystom z kręgu sztuki krytycznej, ponieważ mają wtenczas zasadniczy kłopot z realizacją swojego programu."

"Przyznaję, to był mój błąd." Gdybyśmy postąpili inaczej "wywołany poziom emocji religijnych","niewyobrażalna skala konfliktu społecznego, na który nie jesteśmy ani przygotowani ani odporni" w ogóle nie miały by miejsca.
To był błąd, trzeba było jednak zaprosić, zwabić Nieznalskączarownicę do słupskiej Baszty Czarownic, związać, zamknąć i w ramach performancu wszystko razem podpalić. Tak, błąd nie do wybaczenia!

WŁADYSŁAW KAŹMIERCZAK:

OK., zgadzam się z zarzutem, że być może niezbyt precyzyjnie wyjaśniłem powody swojej decyzji. Ale zarzutu o fałszowaniu rzeczywistości już przyjąć nie mogę, bo nie wiedziałbym nawet jak to zrobić. I po co? Jednak co innego wyjaśnienia i słowa a co innego realność, której tylko ja mogłem doświadczyć, zanalizować ją i intuicyjnie przewidzieć jej dalszy ciąg. Doskonale rozumiem wszystkich, którzy kwestionują mój wybór, którzy powątpiewają w słuszność tej decyzji. Rozumiem każdego, kto wątpi w siłę i zasięg publicznych manifestacji. Ja akurat przewidywałem spory dramat. Opór przeciw Nieznalskiej był gwałtowny i wręcz histeryczny. Oceniłem, że jest jeszcze zbyt dużo czasu do otwarcia wystawy. Przeciwnicy Nieznalskiej mogliby idealnie zorganizować swój protest. I tej przewidywanej reakcji obawiałem się.

Do tej pory wszystkie protesty środowiska kościelnego były słabe, chaotyczne i nie miały za sobą instytucji posła. I odwrotnie, żaden poseł nie miał poparcia setek pań, księży i sióstr zakonnych. To była dla mnie nowość. Ponieważ ta konfiguracja tworzy niezwykle sprawną strukturę. Ja wiem, że łatwiej powiedzieć, że postąpiłem źle, nie fair, itd., bo to jest proste i w miarę logiczne. Nikt nie bierze pod uwagę aktywności środowisk konserwatywnych. Bo ich nie zna lub nie chce przyjąć do wiadomości, że ci ludzie żyją na polskiej ziemi.

Dla przykładu podam, że poseł Strąk jest w stanie zorganizować prawie 3 miesięczną pikietę przed prokuraturą w Słupsku. Dzień w dzień. I to w sprawie o wiele mniej emocjonalnej, nie związanej z religią, nawet nieistotnej. Odwołuję się tutaj do sytuacji lokalnej, by zbytnio nie uciekać od świata realnego.

Reakcje środowisk kościelnych są coraz bardziej 'odważne' i coraz bardziej radykalne. Pokazałem także tej części społeczeństwa, które nas popiera, że jesteśmy pod ścianą, że to, co się dzieje w Polsce idzie w złym kierunku. Być może tak dramatyczna decyzja uprzytomni wszystkim, że musimy w końcu poruszyć dyskusję o wolności słowa. Ustalić nowe reguły, bo te, które są już nie działają. Dla przeciwników konserwatywnych był to sygnał, że nie chcemy uczestniczyć w ich grze. Że sędzia Zieliński nie miał racji z tą popularnością Nieznalskiej. Pozwolę sobie nieśmiało nie zgodzić się z tezą Łukasza, że 'nieuczciwości intelektualne w argumentacji wynikają z dramatycznego konfliktu'. One są moim punktem widzenia. I jak już wspomniałem - zgoda - może niezbyt doskonale opisanym. Tekst, który wysłałem do spamu był pierwszą wersją, w Rastrze jest uzupełniony o kilka dodatkowych przemyśleń. Dalszy ciąg dramatu dostarcza nam nowych faktów i opinii. Ten dramat nie ma swojego końca i być może wstrząśnie wszystkimi zainteresowanymi. A może nie. Nie wiemy jednego: co z tego ostatecznie wyniknie?

Nie możemy lekceważyć oporu ze strony 'kółek różańcowych', nie możemy lekceważyć nikogo. I jeśli powołuję się min. na reakcję kręgów kościelnych, to nie są to żarty czy 'argumenty wyraźnie zastępcze'. Właśnie dlatego, że znam to środowisko, to wiem, że dialog z ludźmi zaczarowanymi przez polityków jest niemożliwy. Ja przekazuję informację tylko o stanie rzeczy. Bo jeśli usuniemy tą - zdaniem Łukasza intelektualną dolegliwość - to rzeczywiście, nie ma żadnego problemu. I wtenczas wychodzę na kompletnego idiotę i drania. Problem w tym, że tej rzeczywistości nie da się usunąć ani zignorować. W takiej formie w jakiej pojawiła się. W konfiguracji medialno - polityczno - społecznej.

Właśnie uczciwość intelektualna wymaga wyzbycia się myślenia życzeniowego. Że chcielibyśmy, by Władek postąpił inaczej. Skoro nie postąpił, to chyba coś kręci, bo chyba to niemożliwe, by było aż tak źle. A jest.

(Władek niepotrzebnie pisze o tym, że Dorota "szantażuje nas swoją rozpaczą" i o "ckliwych emocjach młodej artystki". Zapewne poczuł się urażony tym, że uznała go ona za zdrajcę. Ale miała ona prawo się wściec.) No nie wiem, czy niepotrzebnie.

Mówiąc prawdę liczyłem na to, że w Dorocie będę miał sojuszniczkę, która zrozumie moją decyzję. Że weźmie za dobrą monetę moją deklarację poszukiwania innego wyjścia. I właśnie nie przypuszczałem, że będę miał wroga, który bez skrupułów wykorzysta publicznie każdy niuans w tej skomplikowanej sprawie. Ja rozumiem, pierwsza reakcja mogła być gwałtowna, ale po różnych wypowiedziach prasowych Nieznalskiej widziałem, że mnie po prostu obraża, nie widzi wokół siebie rzeczywistości. Bez przerwy powiela wizerunek cierpiącej artystki, skrzywdzonej przez potwora. Dla mnie był to nieuczciwy szantaż. Wycofuję się z ckliwych emocji. Nie powinienem tak napisać. W tym samym tekście do Rastra skreśliłem to zdanie.

A teraz dlaczego podjąłem ten wątek? Przez kilka dni machałem ręką. I myślałem dokładnie tak samo, pierdzieli itd., lecz kiedy zauważyłem, że jej wypowiedzi przesuwają się w kierunku już nieco surrealistycznym, przypisując mojej osobie i mojej decyzji zwykłe inwektywy, no to uważam, że jest to szantaż moralny i nic więcej. Nieznalska wszystko odwraca np. twierdząc, że ja przyłączyłem się do posła Strąka i wiele innych podobnych bzdur. Rzecz jasna rozumiem jej osobiste rozgoryczenie, byłbym idiotą, gdybym nie mógł wyobrazić sobie jej rozpaczy, ale sorry, to nie ja jestem przyczyną i powodem jej przykrości. To nie ja rozpętałem tą wojnę. Jeśli jednak nadal tak uważa, no to w końcu chcę zrozumieć, dlaczego tak jest. Mam do tego prawo. A jak już napisałem: nie rozumiem wielu rzeczy.

Jeśli jesteśmy nieco przytomni, to zauważymy, że akurat zapewnienia Doroty, że jej sztuka nie celuje w uczucia religijne, to mamy do czynienia z dalszym ciągiem procesu. Po co? Jej mową właściwą jest jej sztuka a nie jej komentarz. Musimy przyjąć postawę, która rozpoznaje mechanizmy o których piszesz a nie pchać się w bezpośrednie starcie. Tak sobie, jakby od niechcenia. Lub by usprawiedliwiać się bez końca. Skoro już doszło do brutalnego starcia w galerii Wyspa, to teraz trzeba zrobić wszystko, by zignorować to starcie. Nie dać ugrać politycznie Strąkowi kolejnych punktów, których szuka wszędzie, gdzie się da. To, że Dorota mówi: nie obraziłam uczuć religijnych katolików (obok duże zdjęcie krzyża z genitaliami) to akurat rewitalizuje spór na płaszczyźnie religijnej. Ja w tym widzę błąd. Uparte dążenie do trwania w zwarciu stawia ją na pozycji przegranej. Także tych wszystkich, którzy chcą jej pomóc. Tu nie chodzi tylko o to, kto ma rację. Tu chodzi o regularną, cyniczną politykę. Ja właśnie chciałem dać szansę Dorocie, by mogła uciec z płaszczyzny religijnej w płaszczyznę sztuki. A ona udzielając wywiadu spierała się cały czas ze Strąkiem. Potem ponownie uciekłem od tego sporu, uciekłem decydując się na dramatyczny wybór o rezygnacji z wystawy. Dorota, dokładnie nie wiadomo dlaczego, brnie w religijny spór. Być może robi to nieświadomie. Być może taka jest nieunikniona logika wydarzeń z jej udziałem. Ja bym tak tego nie ocenił, że szukam, czy szukałem wroga zastępczego w Dorocie. Jest to nawet nielogiczne. Współczułem jej i nadal współczuję. Jeśli miałbym sobie odpowiedzieć, kto lub co jest moim wrogiem, to odpowiedź byłaby niezmiennie ta sama: słaba pozycja sztuki, krytyki, artystów i galerii w Polsce. To, co napisałem o niej było przede wszystkim szkicem, próbą zrozumienia otaczających nas mechanizmów.

Jeśli uważasz, że takiego starcia nie ma "artysta - społeczność kościelna" i że takie określenie wprowadza błędną ocenę konfliktu, no to ja już nic nie rozumiem. To są cienkie granice, płynne, przenikające się. To o czym piszesz jest także myśleniem życzeniowym. My chcemy, by nie było powodów do tego, by LPR mogła wprowadzać płaszczyznę religijną. My tak chcemy, ale jest słynny paragraf, który umożliwia im spór na płaszczyźnie religijnej. Stawiając zarzut Dorocie miałem na myśli tylko to, że jest mało elastyczna, nie widzi całej tej paranoi ze Strąkiem i za wszelką cenę chce coś udowodnić powtarzając: nie obraziłam uczuć. Oczywiście nie ukrywam swojego zawodu wobec Nieznalskiej. Myślałem, że mimo przejściowych kłopotów będziemy nadal grać w jednej lidze, a tu akurat bardzo pomyliłem się. Z minuty na minutę to ja stałem się jej osobistym wrogiem.

Użyłeś bardzo dobrego pojęcia: złudzenie aksjologiczne. Zapamiętam je. Właściwie to mam sporo złudzeń aksjologicznych. Nic nie jest takie na jakie wygląda na pierwszy rzut oka. Krytycznie o pracy Doroty napisałem już w lipcu i to w innym kontekście i o Pasji a nie o tym co miała pokazać. Teraz ten argument nie miałby żadnego znaczenia. To jakaś pomyłka. Nie zacząłem oceniać bardzo krytycznie pracy Doroty, bo jej nie widziałem na oczy.

Podobnie ze sztuką krytyczną. Zacząłem nieśmiało to robić nieco wcześniej, kiedy w ogóle nie brałem pod uwagę takiej sytuacji.

(Dla artysty naturalnym terenem takiej konfrontacji jest galeria. Pytanie, czy Dorota ma prawo angażować w konflikt galerię jest źle postawione i właściwie nie powinno paść.)

Zależy w jaki konflikt? Pytam: a dlaczego nie powinno paść? Uważam, że każda strona powinna ze sobą współdziałać, również w trudnych chwilach, zwłaszcza w trudnych chwilach. Tak powinniśmy działać. To nie jest tak, że dyrektor ma prawo do zamykania ust artystom a artyści nie licząc się z nikim i niczym prezentują co chcą. Jest to kwestia negocjacji i oceny sytuacji na co możemy sobie pozwolić. W praktyce wygląda to różnie. W Białymstoku krzyż z Pasji został zasłonięty białym płótnem, w Gdańsku nie. Każdy, kto prowadzi galerie ma ten problem.

Mówiąc o 'wojennych' warunkach miałem na myśli trochę coś innego. Inną rzeczą jest skandal, kontrowersja, kiedy wystawa już jest, a inną, kiedy mamy wielką awanturę z pikietami itd.. To unieważnia sztukę. Odbiera nam godność. Przez długi czas w stanie wojennym był bojkot, a potem jak już odwołano stan wojenny, to praktycznie nadal nie uczestniczyliśmy w wystawach, bo ich znaczenie było żadne. Ja tą atmosferę otoczenia ideologicznego już brałem. Wiem, że jest to wredny mechanizm spłaszczający każdą wypowiedź.

(Jest w tym miejscu bliski (choć ostatecznie tego nie robi) powtórzenia innego koronnego argumentu przeciwników Doroty, że tworzy dla skandalu ("aura kontrowersyjnej artystki też może być pociągającą strategią"). )

W wersji dla Rastra dokładnie dopisałem drugie zdanie, by nie było wątpliwości. "Oczywiście mówię o warunkowej strategii, by przypadkowo nie wpisać się w logikę myślenia sędziego Tomasza Zielińskiego."

(Powtórzmy raz jeszcze: sztuka krytyczna jest związana z rzeczywistością możliwie bezpośrednio. Nie ma więc tu silnego rozdziału na sztukę i rzeczywistość. (....) Zawsze też niesłuszne są pretensje do dziennikarzy, że spłycają i szukają skandalu?)

Mam podobne zdanie. Jednak czasy nieco zmieniły się. Coraz więcej gazet cynicznie produkuje sensacje. Ta z Dorotą została wyprodukowana przez Głos Pomorza. Redakcja zastosowała stary chwyt, obok wywiadu - który był wyłącznie sporem ze Strąkiem - dała prowokacyjne zdjęcie. Nie wiem czy tak było naprawdę, ale redaktor z tej gazety twierdził, że to właśnie Dorota zaproponowała to prowokujące zdjęcie. Całość bardzo mocna. Mocniejsza, niż w słynnej już publikacji Anny Urbańczyk w Trójmiejskim wydaniu Gazety Wyborczej na temat Pasji. Dzisiaj już niewielu dziennikarzy jest po naszej stronie. Politycy też to widzą. I zgadzając się z Łukaszem, że trudno, musimy przyjmować uwagę dziennikarzy także w takiej formie, obsuwamy się na poziom słabo nam znany. GP liczył na brutalną reakcję, by sterować dalszym ciągiem skandalu. Na takie zainteresowanie raczej nigdy nie liczymy, bo ktoś nami manipuluje a nie interesuje się sztuką. Zgadzam się, że w sztuce krytycznej podział na sztukę i rzeczywistość jest zamazany. Przeciwnikom sztuki (każdej) jest znacznie łatwiej 'współtworzyć' konteksty, które nigdy nie były intencją artystów.

(Główny zarzut wobec Doroty - że nie rozumie ona rzeczywistości, co sprowadza się do tego, że nie rozumie jego racji dyrektora, jest całkowicie chybiony - ona robi taką sztukę (krytyczną) właśnie dlatego, że rzeczywistość rozumie, ale także dlatego, że jej nie akceptuje, także rzeczywistości Władka - dyrektora. Nie akceptuje sytuacji w której się znalazła, ale to nie znaczy, że jej nie rozumie.)

Można i tak argumentować. Nic tu nie mam do powiedzenia. Nawet podoba mi się stwierdzenie, że Dorota nie akceptuje rzeczywistości Władka. Ja swojej rzeczywistości też nie akceptuję. Problem polega na tym, że w rozmowach telefonicznych dokładnie jej przedstawiłem jaka jest ocena (moja) sytuacji i nie wymagałem od niej entuzjazmu, ale właśnie poważnego potraktowania konfliktu. Dzisiaj, po wielu już wypowiedziach stało się jasne, że podjęła bój z moją osobą. Początkowo bardzo mnie to zabolało, myślałem, że nie rozumie tej rzeczywistości, ale teraz skoro twierdzisz, że rozumie rzeczywistość doskonale, bo tworzy w nurcie sztuki krytycznej, to chyba tak jest. I jej inwektywy są dokładnie przemyślane. Szkoda. Wolałem tą pierwszą wersję.

(Głęboko niesłuszna jest także inna teza (choć dla Władka - dyrektora wygodna, to jednak dla Władka - artysty katastrofalna) - że "Nieznalska będzie musiała nieco poczekać na publiczny powrót do krajowych galerii".)

Tu nie chodzi o wygodę. Tu chodzi o świadomość. "Pasja" stała się ikoną polityczną i medialną. Obsesyjne tropienie tej pracy i jej autorki stanie się zajęciem wielu dziennikarzy i prawicowych polityków. Ja nie próbuję kategorycznie powiedzieć, że Nieznalska musi czekać, ja przewiduję co będzie dalej. Ja jej nic nie każę. Twoje stwierdzenie, że my nie możemy czekać jest bardzo słuszne, tylko widzimy, że pierwszy pośpiech nie udał się. Dorota zignorowała moją propozycję odłożenia wystawy na inny termin. Obawiam się, tak obawiam się, że kolejne próby wystaw będą mocno narażone na opór. I trzeba to widzieć a nie obrażać się na fakty.

(Podstawowym zarzutem wobec sztuki krytycznej, powodem dla którego ją odrzuca, jest jej programowość i ideologiczność. Domyślam się jednak, że odrzuca ideologię w imię indywidualizmu, bo też nie ma sztuki bardziej zindywidualizowanej niż performance, więc taką postawę performerowi łatwo przyjąć. Jednak indywidualizm (sztuka to Ja osobowe) to po pierwsze też pewna ideologia, a ponadto jest pewną pułapką - wyklucza krytycyzm. Skoro każdy zawsze wyraża tylko siebie, mówi o sobie, to debata o tym co wspólne, np. debata kulturowa, nie ma sensu bo musi skończyć się niczym.)

Z całą pewnością mój atak na sztukę krytyczną jest chybiony. Ale będę próbował nadal to robić. Nawet z błędem. Dlaczego? Dlatego, że właśnie przykład Doroty przekonał mnie o istnieniu wyczuwalnego programu. Może się mylę. Ale jej determinację można sobie wytłumaczyć także uporem programowym. W rozmowach z artystami z kręgu sztuki krytycznej zauważyłem, że nie są to samotni artyści mający ciekawe pomysły, ale kilka celów do zwalczenia. Czy to jest już ugrupowanie programowe? Chyba nie, ale argumenty, którymi posługują się są mocno zbliżone do programu. Dlaczego program w ogóle jest groźny? Dlatego, że niszczy wszystko. Jest bezwzględny, agresywny i ideologiczny. A zapytam jeszcze inaczej: w jednym miejscu piszesz, że sztukę krytyczną trzeba obserwować, krytykować a jak ja to robię to źle? To właściwie nie był atak, a ledwo zasygnalizowany, odkryty intuicyjnie mechanizm. Zero pewności.

Być może teraz akurat nie czas na głębsze analizy sztuki krytycznej. Już wcześniej pisałem, że akurat sztuka Doroty zaistniała na płaszczyźnie religijnej a nie kulturowej, bo dyskurs kulturowy dotyczył średnio ważnego problemu. I nie został przez nikogo podjęty. Twój emocjonalny ton lokujący ją tak mocno na pozycji artystki krytycznej dla mnie nie jest aż tak jasny. Dorota doświadczyła kontrowersji przez przypadek. To nie problem, który poruszała tak mocno zbulwersował posła Strąka, ale oderwany element pracy opublikowany w gazecie. I to chyba dobrze wiemy. Konflikt, jako "naturalny żywioł" pojawił się nieco później. Może to truizm, ale każdy artysta, musi wiedzieć, czy obraża kogoś intencjonalnie, ale musi również wiedzieć, że może to zrobić nieumyślnie. Artysta musi być przygotowany na takie reakcje. I na brutalne konsekwencje.

Okazuje się, że zarządzanie długotrwałym konfliktem jest trudne. Nikt tego wcześniej nie przerabiał w Polsce. Proponuję odwiedzić na stronach internetowych nieznany w Polsce przykład analogicznego konfliktu jaki wywołał Harro Koskinen w Finlandii w roku 1969. W Finlandii Koskinen też nie miał łatwego życia. Po skazującym go wyroku wrócił do malowania pejzaży i portretów. Mam nadzieję, że Nieznalskiej uda się jeszcze coś ciekawego zrobić w życiu.

(Większość rzeczy z którymi nie można się zgodzić, wynika z konfliktu o których pisałem na wstępie. Myślę, że Władek popada weń dlatego, że nie wypadało mu napisać tego co, przypuszczam, było głównym powodem wycofania się z wystawy Doroty. Zapewne też dlatego wyjaśnienia wypadały tak mętnie i chaotycznie.)

Przypisanie mi tak łatwo przymiotników "mętnie i chaotycznie" być może jest przedwczesne, a z całą pewnością interpretacją słabo próbującą dotrzeć do sedna dramatu. Łukasz przyjął tak samo jak Dorota wersję zanegowania moich argumentów z pozycji człowieka walczącego o wolność w sztuce. I nie wyobrażam sobie, by mógł postąpić inaczej. Ale wykazał też wolę zrozumienia mnie. Wyszedł z tego ciekawy tekst. Pełen zaskakujących wniosków. Myślę, że przyszłość lepiej nam wyjaśni nasze dzisiejsze wątpliwości. Wątpliwość wobec siebie nawzajem.

I jeszcze drobiazg: Nie uległem żadnym naciskom, bo tych nacisków w ogóle nie było. Nie rozważałem wersji "z interesem osobistym". Nie miałem na to czasu.

Na koniec. Wielokrotnie nastawiałem głowę i tylko po to, by artyści mogli zaprezentować swoje wypowiedzi. Byłem w różnych starciach. Od piątku mam kontrolę NIK-u w galerii. Być może już sama propozycja wystawy była tym nastawieniem głowy a ja o tym nie wiedziałem. Każdemu łatwo wydawać sądy na odległość, a co innego mieć z tą rzeczywistością do czynienia.

ARTUR TAJBER:

Po odwołaniu wystawy Doroty Nieznalskiej przez Władka Kaźmierczaka ponownie rozgorzała dyskusja wokół... właśnie, wokół czego? Na pewno już nie wokół "sprawy" Nieznalskiej - większość wypowiedzi dotyczy tej kwestii w stopniu nieznacznym. Ujmując najprościej: wrażenie jest takie, że dotąd murem ujmujące się za Nieznalską gremia relatywizują swoje w jej obronie stanowisko. Oczywiście, taka dyskusja jest zrozumiała, bo od dawna się u nas o wielu ze sztuką związanych sprawach nie rozmawia, i każdy pretekst - wcześniej, czy później - wywołuje te same zadawnione "inne sprawy". Waśnie, animozje, urazy, reszcie zaś daje okazje do wykrzyczenia swoich racji (często racji odległych od pretekstu). Zrozumiałe... lecz tak nie może, nie powinno być!

Od początku sprawy sądowej i nagonki politycznej na Dorotę Nieznalską stawałem w jej obronie - formułowałem i podpisywałem listy i apele. Od początku robiłem to z przekonaniem. Nie wartościuję jej pracy - nawet jej bezpośrednio (pracy) nie widziałem; lecz sprawa dotyczyła czego innego, czego wszyscy jesteśmy naocznymi świadkami - taki charakter (publiczny) miał proces i kampania medialna. W tej kwestii zajmowałem i zajmuję stanowisko jednoznaczne - w obronie wolności wypowiedzi i prawa - nie tylko "artysty", ale każdego człowieka - do bluźnierstwa i świętokradztwa (to jest na pewno osobna kwestia do szerokiej dyskusji).

W kontaktach z bohaterką "zajścia", oraz z gdańskim środowiskiem (Aneta Szyłak i Grzegorz Klaman) i moim bardzo w sprawę zaangażowanym przyjacielem (Łukasz Guzek), odebrałem sygnał, że moja postawa jest odbierana trochę jak opowiedzenie się po "ICH" stronie. Jeszcze raz podkreślam, że nie jestem po "ICH" stronie, tylko bronię pryncypiów. Nie chcę stawiać się - jak Minister i znany krytyk z Gazety Wyborczej - w roli obrońcy niedoświadczonej i naiwnej (wedle ich zachowań i zdystansowanych wypowiedzi) artystki. Nie utożsamiam się też z linią jej obrony w mediach i na sali sądowej. Po prostu mówię:
NIE - dla stawiania przed sądem za użycie emblematów religijnych w dowolnym kontekście;
NIE - dla cenzury wypowiedzi artystycznej;
NIE - dla prób stosowania zapisów na nazwisko i możliwość publicznego prezentowania (jakiejś-lub-czyjejś) pracy artystycznej.

Śledząc przebieg relacji i dyskusji w mediach nie mogę się też zgodzić na prezentowane tam argumenty i stanowiska. Mój stosunek do zachowań posła Strąka i aktywistów LPR jest jednoznaczny - żadna z ich akcji i wypowiedzi nie zasługują na poważną analizę i komentarz. W znacznym stopniu dotyczy to również zachowań i decyzji sądu, niestety. Niestety (również) mam bardzo krytyczny stosunek do linii obrony. Z litości pominę wypowiedzi Ministra Kultury, polityków i pana Jerzego Osęki, gdyż musiał bym się zagłębić w ogólności w ich podejście do współczesnej sztuki, a to zabrało by miejsce i czas poświęcone na meritum. Muszę jednak poddać też zdecydowanej krytyce strategię postępowania "oskarżonej" i jej artystycznych "opiekunów". Z ich wypowiedzi i wystąpień wynika ni mniej, ni więcej, że artystka chciała dobrze, że nie chciała nikogo urazić, że nie przewidziała wrogich reakcji i oskarżeń, że jej praca wpisuje się w jakiś uprawomocniony kontekst ("sztuka krytyczna"???), że artysta ma jakieś specjalne prawo do robienia czegoś w większym zakresie niż zwykły obywatel, i tak dalej, i dalej...

NIE.

Uważam, że tak nie jest i nie powinno być, że nie powinno być to nam narzucane (tak jak głupie wyroki sądów) za normę.

Uważam, że ryzyko artysty i ryzyko obywatela są takie same, i taka sama ich odpowiedzialność prawna. Przestępstwa z niskich pobudek i przestępstwa w imię "artystycznych racji" nie dzieli żadna moralna czy estetyczna granica. Z tego zrównania pozostaje tylko pytanie, co jest przestępstwem?; czy sztuka/artysta ma prawo (i obowiązek) wpływania na kwalifikację przestępstwa (co jest, a co nie jest)?; czy sztuka ma prawo wpływać na wzajemne przesunięcia sfery dobra i zła?; i czy - wreszcie - może to być wyłącznie wpływ jednokierunkowy?

Uważam, że stwierdzenie autora (dotyczy to i "artysty" i "kierownika galerii") o nieświadomości, nie przewidzeniu reakcji publicznej jest przyznaniem się do większej winy, aniżeli "obraza uczuć". Jest to wina wobec samego siebie, wobec sztuki - bo zachowanie w sztuce tym się różni od innych zachowań publicznych, że nie może być wynikiem braku świadomości czynu, kontekstu, możliwej interpretacji, a na dodatek wymaga wytrwałości, konsekwencji i gotowości do poniesienia konsekwencji, dania świadectwa. Wreszcie - każdy MA PRAWO- do "obrazy uczuć" - i religijnych, i światopoglądowych. Każdy ma też prawo do czucia się obrażonym, bez względu na to, do jak znacznej statystycznie grupy przynależy. Czyż jednak, jeżeli ktoś z mównicy plecie potworne bzdury, wygłasza przerażające poglądy, głosi rzeczy ubliżające mojemu poczuciu taktu, rozsądku, rozumu... to mam pozywać go do sądu? NIE - to nie ja oszalałem.

Pozostają jeszcze inne argumenty, używane przy okazji tej afery. Między innymi pojęcie "sztuki krytycznej", której obecność się dzisiaj stwierdza, klasyfikuje wedle niego artystów i przeciwstawia ich innym. Te zdania dotyczą zarówno osób wobec afery neutralnych (Piotrowski, Kwiek), jak i z różnych stron zaangażowanych (Guzek, Kaźmierczak, Truszkowski). Otóż, proszę państwa, odwołując się do własnego rozsądku powiem banał: nie było ani nie ma w Polsce "sztuki krytycznej". Nawet, jeżeli ktoś ukuł i używa takiego terminu na jakąś okazję, jest to tylko eufemizm i hipostaza. Krytyczne (wobec czegoś) zdanie, wypowiedź, zachowanie, dzieło - muszą (aby być "krytyczne") spełniać prosty warunek: rozpoznawalny musi być przedmiot krytyki i jej linia. Mówiąc inaczej, powinniśmy móc wywnioskować co jest krytykowane i dlaczego. Większość artystów zaliczanych do "sztuki krytycznej" (i tych z hipotetycznych list "nowej sztuki krytycznej trzeciej rzeczpospolitej", i tych z listy Truszkowskiego) jest kontestatorami i jak pisze Kwiek: "uwikłana jest programowo w misje naprawiania świata", używa języka buntu, niedomówień i metafor, ale krytyczna bywa zazwyczaj tylko wtedy, gdy schodzi do poziomu gazetowej satyry, czyli wychodzi z pola sztuki. Osobiście bardziej niż krytycznych cenię sobie artystów (i ludzi) samokrytycznych (a do tych, w przeciwieństwie do kilku innych z listy Jerzego Truszkowskiego jej autor na pewno nie należy).

Mam mocne wrażenie, że większość zbiorowych manifestacji środowisk artystycznych, choć czasem, momentalnie bardzo na miejscu i w słusznej sprawie, wymuszana jest na nich wyłącznie negatywnie, w poczuciu zagrożenia; oraz że bez brutalnych ataków środowiska te ani nie nauczyły się prowadzić wewnętrznego dialogu, ani nie potrafią artykułować własnych racji i interesów. Zagrożone zdobywają się na akt obrony, ale nie są już w stanie nawet zdefiniować/zlokalizować przeciwnika, nie są też w stanie w swych reakcjach wytrwać.

Kraków, 17 października 2003, godz. 16:32

ROMAN LEWANDOWSKI:

DYSKURS WYCZERPANIA
CZYLI MODEL DO SKŁADANIA
(WERSJA POLSKA)


Casus Nieznalskiej jest dziejami Pasji, w której stacje dopisywali naprzemiennie artystka, wymiar sprawiedliwości, politycy, media, publiczność i - jak się ostatnio przydarzyło w Słupsku - Władysław Kaźmierczak. Ten ostatni, jako dyrektor i kurator galerii, w ogłoszonym w Internecie liście (dot. odwołania wystawy Doroty Nieznalskiej) dał się także poznać we wszystkich wspomnianych wyżej rolach.
Można w tej sytuacji obruszać się lub uważać decyzję Kaźmierczaka za zrozumiałą - wszak w grę wchodzą losy galerii, ludzi z nią związanych, no właśnie, a przy okazji jeszcze także artystka. Niezależnie od ich oceny jest bezsprzecznym faktem kulturowym, że utrwala się w Polsce pewna patologiczna praktyka wyrzucania poza margines wolności wypowiedzi, że podważa się status artysty, a wreszcie codziennością staje się wyrzucanie z pracy dyrektorów i kuratorów galerii oraz muzeów. Co jednak najbardziej zaskakujące (?) - ośrodki te funkcjonują dalej i wcale nie decyduje tu siła inercji. Jest bowiem rzeczą powszechnie wiadomą, że nie istnieje nic takiego jak "solidarność świata sztuki". Po "usuniętych" przyjdą "następni", którzy będą dowodzić, iż wszystko odbyło się przy zachowaniu stosownych procedur, za którymi (przy okazji, podobno) idzie nowy wizerunek tych instytucji. Tekst Władysława Kaźmierczaka jest skumulowaniem racji i absurdów, nagromadzeniem tekstów o iście palimpsestowej budowie. Przyjrzyjmy się kilku jego kontekstom. Od stacji do stacji. Z "Pasją" w tle.

STACJA I

"musimy przyjąć bardziej wyspecjalizowane procedury kuratorskie, jeśli chcemy zapewnić wolność wypowiedzi artystom"
Z pozoru jest to bardzo misterna praca. Kłania się kod działań. Oto pojęcie "wolności" przestaje być definiowane przez skonstruowane w sztuce wizje (planomen, wszystko jedno, jak to nazwiemy), ale (sic!) staje się podręcznym tworem semantycznym uruchamianym przez kuratora. Czy zatem od tego momentu będzie w Polsce tyle Nieznalskich, Janin, Uklańskich i Althamerów, ile otwartej przestrzeni znajdzie się między wierszami niepisanego kodeksu Kuratora? Odpowiedź, jak zawsze, mieści się w języku. Dlatego sugeruję bezzwłocznie, co następuje: jeżeli sądzisz, że wolność wypowiedzi jest formułowana przez inne strategie, sięgnij do STACJI IV, IX i (lub) X i porównaj bądź zaproponuj własne.

STACJA II

"Liczyliśmy się jedynie z ostrą reakcją posła Strąka, który rzeczywiście w liście do Marszałka (...) zażądał ocenzurowania wystawy"
Jak widać powyżej kod komunikacji nie zawsze konotuje wolną wymianę myśli. Podobno galeria słupska jest jednym z bardziej znaczących w Polsce ośrodków, a skoro jest tak w istocie, to czy nie wypracowała sobie własnej publiki, z którą powinna "liczyć się" przede wszystkim i na której poparcie winna liczyć w sytuacjach nadzwyczajnych? Jeżeli jesteś zdania, że można myśleć jedno, a pisać drugie, zajrzyj do STACJI V i VI. W przypadku aprobaty sądu Warhola, który dowodził, że wszyscy (w skrytości ducha) myślą o tym samym - zerknij do STACJI X.

STACJA III

"w kościele trwają całonocne czuwania i modlitwy wiernych w intencji nawrócenia Nieznalskiej i niedopuszczenia do zorganizowania jej wystawy"
Kod socjohistoryczny pozwala nam poznać szersze uwarunkowania. Kontekst religijny buduje tutaj architekturę fanatyzmu i zagrożenia. Wszyscy wychowaliśmy się na "Psychozie" Hitchcocka i wiemy, o co biega. Jeśli jednak dopuszczasz inwariantność odczytania, możesz skorzystać ze STACJI VI. Dopuszczalne jest także wykluczenie - mechanizm, który z wielką skrupulatnością opisał Foucault w swojej "Historii szaleństwa.....". W tym wypadku najprościej skorzystaj z hiperlinku - wpierw STACJA XII, a potem odlot w regiony foucaltowskiej herezji. Do rozważenia (dla odbiorców o silnych nerwach).

STACJA IV

"komitety obywatelskie (...) będą sprawdzać co jest na wystawie i będą fotografować wszystkich wchodzących do galerii"
Uruchomiony kod chronologiczny denotuje następstwo skutków oraz przyczyn, a także wprawia w ruch kompleks totalitarnej i (lub) spiskowej wizji dziejów. Gdyby miało wszakże jednak dojść do wystawy, sugerowałbym potencjalnym kuratorom - dyrektorom zatrudnienie Nieznalskiej wraz z ekipą filmową, która by zdublowała ów zabieg, a pozyskaną w ten sposób ikonograficzną Bibliotekę - wyeksponowała na ogólnodostępnych billboardach w ramach nowej edycji "Sztuki w mieście" (jeśli ta kiedyś jeszcze dojdzie do skutku). Niestety.

STACJA V

"prezydent i premier - obaj raczej niewierzący - walczą ostro o zapis wartości chrześcijańskich w konstytucji europejskiej"
Przymierze polityki z wartościami o chrześcijańskiej proweniencji konstruuje kod obowiązującej wiedzy dla urzędników od sztuki. Nie ma żartów. Artyści powinni wziąć ręce za pas - wyłania się ogromna przestrzeń dyskursu do zagospodarowania. Jeśli jednak dopuszczasz istnienie innych autorytetów i dysponentów wiedzy, najlepiej skocz do STACJI XI i(lub) wczytaj się w biografię Maurizio Cattelana, Hansa Haacke, Josepha Beuysa itd.

STACJA VI

"respekt przed kościołem i religią mają wszyscy politycy w Polsce"
Ironia kodu jest tutaj współbieżna z nadinterpretacją. Ostrze sądu generuje w społeczeństwie właśnie tego typu przeświadczenia. To zaś z kolei a rebours tym bardziej usprawiedliwia "pryncypia" niepryncypialnej z natury sztuki krytycznej czy - jak słusznie sugeruje Łukasz Guzek - pragmatycznej. Jeśli sądzisz, że mamy takie realia, na jakie zasługujemy, zerknij na stronę Radia Maryja i (lub) do STACJI III, w przeciwnym razie - proponuję STACJĘ XI.

STACJA VII

"Nieznalska będzie musiała nieco poczekać na publiczny powrót do krajowych galerii"
Kod chronologiczny spełnia tu rolę samospełniającej się przepowiedni. Nic dodać, nic ująć. Konstruowanie rzeczywistości w oparciu o (współ)tworzony dyskurs jest wypowiedzią polityka (a nie kuratora). Jeżeli jesteś innego zdania, wyślij swój głos bądź komentarz na stronę: www.spam.art.pl. W przypadku aprobaty - nie śmiem nawet sugerować...

STACJA VIII

"Nie przewidywaliśmy aż tak gwałtownej reakcji ze strony środowisk kościelnych w Słupsku, (...). Właściwie to nie braliśmy reakcji tych ludzi w ogóle pod uwagę"
Komunikacyjny aspekt jest w tym wypadku rozbrajający. Czy oferta słupskiej galerii jest rodzajem menu dla świeckiej (czytaj - ateistycznej) części tamtejszej populacji, czy też winna z założenia służyć jako przestrzeń dla sztuki, która nie obawia się podejmowania w dyskusji społecznie istotnych, niejednokrotnie kontrowersyjnych, zagadnień? Budowanie enklaw kończy się marginalizacją i w ostatecznym rozrachunku - odrzuceniem. Jeśli sądzisz, iż sztuka (w tym wypadku prace Nieznalskiej) są adresowana do nikogo, skocz od razu do STACJI XII, a potem się wyloguj. Natomiast jeżeli jesteś skłonny przyznać jej funkcję znaczącą (w estetycznym i semiotycznym rozumieniu), wybierz jednego spośród wielu bohaterów listu Kaźmierczaka i zastanów się, czy nie znajdziesz dla nich stosownego miejsca w plebiscycie "Konkurs na zdrajcę roku" na stronach www.spam.art.pl .

STACJA IX

"Dlaczego nie chce zrozumieć, że sztuki nie można prezentować w atmosferze społecznych emocji? (...) w 'wojennych' warunkach"
W liście Kaźmierczaka pojawia się novum - mamy oto kod zagadki. Idąc za tym wątkiem można by dojść do przeświadczenia, że realizacje Duchampa, Manzoniego, Burdena, Higginsa czy Kosutha narodziły się w czasach zadziwiającej symbiozy polityków i artystów. Tak oto rodzą się przyczynki do nowego odczytania dziejów sztuki - jako genealogii idei przymierza. A swoją drogą - trudno zatrzeć w pamięci pewien ikoniczny trop - figurę skądinąd znanego przedstawiciela najbardziej krytycznego nurtu sztuki - performance'u - który sam, w swoim (bezpiecznym) czasie, podjął się negocjowania zakresu swobód i wolności wypowiedzi w kontekście procesu sądowego, jaki wytoczono Dorocie Nieznalskiej. Jeżeli uważasz, że sztuka rodzi się w społecznym i kuratorskim konsensusie, zaglądnij do STACJI I, jeśli zaś jesteś innego zdania czeka cię bez wątpienia STACJA VII. Jak amen w pacierzu.

STACJA X

"Wszystkich, zwłaszcza media, interesuje skandal i etykietka skandalistki"
Tym razem retoryka autora ścieli odczytanie "dzieła" jako a priori kontestującego społeczny ład. I mimo że powołane jest ono indywidualną decyzją, wybór ów - dowodzi Kaźmierczak - jest skodyfikowany i generowany przez aurę skandalu. Idąc za tym tokiem rozumowania, można przyjąć, że wypowiedź Kaźmierczaka jest niczym innym, jak właśnie - skandalem... Jeżeli zgadzasz się z tym duktem myślenia, wypada podłączyć się do STACJI III, w przeciwnym razie - polecam "przetrawienie" Serrano na przykład przez myśl Ignacego Loyoli (najbezpieczniej w domowych pieleszach)!

STACJA XI

"sztuka krytyczna jest uwikłana w programową misję naprawiania świata i dlatego tak mocno jest narażona na konflikty z politykami czy ludźmi myślącymi ideologicznie"
Przedsięwzięty język (kod naukowy) jest tu poniekąd napiętnowaniem "moralizowania" artystów krytycznych, jakkolwiek sam cytat mieści się w tych kategoriach. Co więcej - wszyscy myślimy ideologicznie, artyści też - stąd też pojawiło się starcie tak wielu strumyczków dyskursów. Jeśli sądzisz, że sztuka krytyczna jest czymś więcej niż wykładnią myślenia w kategoriach Konopnickiej i Orzeszkowej, włącz się w dyskusję na temat kształtu konstytucji Unii Europejskiej (vide: STACJA V). W innym przypadku możesz przesłać Kaźmierczakowi pytanie cytowane w STACJI XII (na adres: performance@onet.pl). Gra jest warta świeczki.

STACJA XII

"dlaczego nie chce lub nie może zrozumieć rzeczywistości, w której żyje?"
Spożytkowany kod retoryczny trąci cokolwiek melancholią znaną z wczesnych fotografii Cindy Sherman. Z drugiej strony - trzeba przyznać - jest to fundamentalne pytanie kultury judeochrześcijańskiej. Sugerowałbym postawę buddyjską, która stawia na iluzoryczność podmiotu. Będąc w zgodzie z cytowanymi rozterkami, proponuję przejście na pozycje bardziej fundamentalne (ostatecznie można zawsze pokazywać klasykę awangardy, choć dla niektórych pachnie to ideologicznym kanibalizmem). Koniec końców - można też zwrócić się do Uklańskiego, aby uwiecznił na trumiennych portretach rezonerów wielkiej Ligii Polskich Rajców. Tylko czy wówczas "stanie się jasność", a rzeczywistość będzie klarowna i zrozumiała - nawet w "wojennych" warunkach?

Polemika RYSZARDA PIEGZY z PRZEMYSŁAWEM KWIEKIEM:
RYSZARD PIEGZA:

"Z ta polemika to tak, jak z tym zdaniem na temat malarzy - co patrza na siebie zazdrosnie jak konie wyscigowe, ale mysle, ze oni to chociaz przynajmniej sie widza! Lub z tym zdaniem PioTroskiego: skad wzial sie ten Piegza, ktore uslyszalem po wykonaniu performance w Piotrkowie. Przepraszam, ze uzywam slowo performance, moga bowiem byc tacy co sie obrusza, ze wchodze w ich pas startowy i przeze mnie nie dobiegna spokojnie do swojej mety. Na to pytanie PioTrowskiego oczywiscie natychmiast odezwal sie Przemyslaw K tlumaczac , ze Piegza narodzil sie ze spuscizny Kwiek/Kulik, milo mi tato, ale moje mysli krazyly wokol czegos bardziej odleglego i abstrakcyjnego. Cos pod sklepieniem mojej czaszki bardziej i w kontakcie z pylem juz niezywym co blizsze mi, niz inspiracja sasiedniej kreacji zbyt uwiklanej jak dla moich spelnien.

Nie bardzo rozumiem, moze nie chce raczej rozumiec tych goraczkowych podsumowan, wyliczen nazwisk, nerwowych klasyfikacji TAK jak gdyby trzeba bylo zapisac juz w tej chwili kto ma prawo przejsc przez te drzwi, a kto nie. Zgadzam sie z jednym: zabierzcie sie do roboty, czas robi swoje kazdemu w jego dziob! A o wiele ciekawsze od tych nieskonczonych retro jest dla mnie milczenie Georga Brechta...

nie wiadomo z kad Ryszard Piegza"

================================================

PRZEMYSŁAW KWIEK:

Drogi Ryszardzie z Paryza, z centrum sztuki, kultury, mody, burdeli, mysli i rewolucji - miescie marzen pokolen Polskich artystow, kobiet, zboczencow, intelektualistow i emigrantow!

Gratuluje refleksu. Ale czyzbys był histerykiem? Bo plotkarz to na pewno jestes (ale sympatyczny). Wiesz jak cie cenie! Wlasnie za to, za co b. niewielu w Polsce ludzi (artystow) wie, a o czym wie tez Zygmunt PioTrowski, który po twoim "wystepie" w Piotrkowie (widzac twoja sztuke po raz pierwszy!) podszedl do ciebie, i tylko do ciebie, w czasie wszystkich prezentacji, wyraznie wzruszony, z glosnymi gratulacjami i takim tekstem: "... Nareszcie cos dobrego na tym Festiwalu... To jest to!... Tu reszta to... ". A na Festiwalu same asy i pierwszy raz sukces frekwencyjny. Chodziło mu (co ja tez zasadniczo cenie) o to, ze zaprezentowales wiarygodnie swoja zywa aktywnoscia ciala i psychiki, ale "produkowana na planie" i ona to z kolei rodzila, w sprzezeniu zwrotnym z tym co już powstalo, w procesie, to, co było widac - bez anegdot - dla sztuki i twojego kregu! A tylko taki behawior, bez planow koniecznych realizacji jakiegos watku, moze byc gwarantem odbywania wolnych Wspoldzialan (Interakcji), które są wynikiem, głownie, uwalniania swoich skoncentrowanych mocy psychicznych - a o nie (wspoldzialania), glownie, PioTrowskiemu chodzilo. Co do "kto od kogo", to "narodzic się ze spuscizny KwieKulik" było by dla wielu godnym rozglaszania zaszczytem, ale nie sadze, by tak było w twoim wypadku. Tys się z pewnymi podobnymi rzeczami narodzil sam z siebie (w niezawininej izolacji). W tamtych czasach, ludzie, artysci, dzialajacy w roznych czesciach kraju o sobie nic nie wiedzieli! Ja, niestety tez, kiedys, dlugo po twoich pierwszycg dokonaniach, musialem na pewno zadac takie pytanie "skad się wzial ten Piegza". Malo tego - do dzisiaj stan niewiedzy trwa i to jeszcze wśród mojego pokolenia! Niewiarygodne, ale prawdziwe! O nie wiedzy o moim pokoleniu (sztuka lat 70-tych), wśród mlodych nie mowie - tu od odpowiedzialnosci nie wywina się: Krukowski, Rottenberg, Poprzecka, Jarecka, Malkowska, Lodz, Wroclaw, Krakow, Warszawa (mowa o muzeach i ich dyrektorach) i Ministerstwo Kultury (natomiast każde dziecko nawet, w Polsce wie, kto to jest Polomski, Wajda, Mlynarski, Penderecki, Rodowicz czy Osiecka nawet, Duda-Gracz, bez wzgledu czy to PRL czy powtorkowa Wolna Polska). Tys jedyny (oprocz PioTrowskiego), ale jedyny organizacyjnie, przeniosl ze swoich czasow (i, za mnie, z moich, za co ci goraco dziekuje, a o czym nie wiedziales), jako forme do instytucjalnego uprawiania (do Piotrkowa, dlatego tam jestem) w te czasy, forme niezwykle rzadką, nieuprawianą, bo stokroc bardziej od niekomercyjnego i marginesowego performancu marginesowa i niekomercyjna - forme wspoldzialan. A teraz ona, ta forma podnosi glowe (patrz coraz czestsze wydarzenia na Festiwalach performance). A tym, ze KwieKulik tez na taka forme postawili (wynalezli ja, na gruncie sztuki uczonej i uprawianej na Warszawskiej ASP z lat 60-tych i 70-tych) nie przejmuj się. Powoluj się! Bo to ustanawia ciaglosc polskiej sztuki tego typu od tych wczesnych lat i ustawia nas w roli pionierow na swiecie. Ale za jedno stwierdzenie w twoim tekscie musze cie opieprzyc, bo to o mnie mowa, jak rozumiem: "niz inspiracja sasiedniej kreacji zbyt uwiklanej jak dla moich spelnien". Czyz bys byl wrogiem prawdziwej "Sztuki krytycznej"? A moze uwazasz, ze nie powinienem walczyc swoja sztuka o to o co walcze? O wolnosc artysty, o godziwa zaplate za sztuke, o szybka i rzetelna informacje dla spoleczenstwa o sztuce, o stypendia, o godna prace, o to by zasluzony artysta nie byl zmuszany jezdzic na gape i marznac, o to, by za Panem Prezydentem nie wisialo (co widzi cala Polska) tylko dzielo zyjacego, ale tradycyjnego artysty... Albo, co gorsza, ze sztuka i artysta wogole nie powinien sie tym zajmowac? Uwazaj, bo "bebecharstwo" i "cielsko" czycha (oraz wyżej wymienieni zacierają ręce)! Ja do twoich kraeacji nie mam zadnych uwag, najwyzej techniczne - chocby byly wogole w nic "uwiklane" (a byly uwiklane). Pamietaj! Ciagle, jeszcze, artysci dzialaja wsrod ludzi, ktorzy, zwykle niewidocznie dla zainteresowanych, otaczają ich zasiekami z drutu kolczastego. I sa tacy, którzy raz: likwiduja zasieki (raniac sie) i dwa: uswiadamiaja innym, kto je zaklada, gdzie, jak i za ile (i nie sa zapraszani). I nie nalezy wyrazać niecheci do takiej dzialalnosci. I jesli jakis artysta (najpierw musi byc beapelacyjnie stwierdzone, ze on jest artysta - tu jest punkt zagadnienia) powie (co robi), ze ta działalnosc, to sztuka (chocby to byla kartka papieru z tekstem), to to jest sztuka, czy sie to komus podoba, czy nie (do kurwy nedzy)! To ostanie zdanie, to nie do ciebie.

Ja dosyc przypadkiem zapolemizowalem z Guzkiem i to we wlasnym interesie i jest to moje b. rzadkie ostatnio wejscie do sieci, gdyz nie mam srodkow na kozystanie z internetu (Norwid tez by nie mial). A sprawa jest b. powazna! Chodzi tu o dobre imie Kazmierczaka i może o dalsza jego kariere (nie urzednicza a artystyczna, na pewno moralna)! I o karierze Nieznalskiej, ktorej, jak widzisz, nawet tacy swiatli artysci, jak Wladek, uwazaja za stosowne odwolywac wystawy (po diabla ja zapraszal?). Perspektywa uprawiania performance w polsce, po wyleceniu z jego posady, to upadek, to dno drabiny spolecznej, glod, emigracja (patrz detale mojej prawdziwej "Sztuki krytycznej"), co usprawiedliwia kazde argumenty za odwolaniem wystawy.
Zas Truszkowski ma 100% racji!
Przesylam ci w zalaczeniu ostanie moje pismo z cyklu "Sztuka Ministerstwa Kultury i Sztuki II" zebys zobaczyl czym zmuszeni sa zajmowac się Polscy artysci prawdziwej "Sztuki krytycznej". A prawdziwa "Sztuka krytyczna" musi być "po nazwisku", co oznajmiam wszem i wobec, zwłaszcza Izabeli Kowalczyk, nie "cielsko" jak u niej - inaczej ta sztuka niedaleko pada od bebechow. Oczywiście dla wielu pimo urzedowe to nie sztuka (i nie nie obraz, co najwyzej impresjonistyczny tez). Nie maja racji! Jest wiecej warte pismo Kwieka niż obraz Opalki! Za PRL-u krytyczne "bebechy" były dozwolone i niczego nie zmienialy i nie narazaly artystow! Nikt za nie posady nie stracil. Czy w pracy Nieznalskiej było "po nazwisku"? Nie! Choć nie jest to praca calkiem "bebecharska". Była to praca metaforyczna, "w przenosni" i calkowicie zawieszona w prozni (jeśli chodzi o "Sztuke krytyczna" - nie podpada ta praca w zadnym wzgledzie pod rozumienie wylozone w ksiazce Kowalczyk "Polska Sztuka Krytyczna" - no może troche, ten stekajacy facet. Ani pod rozumienie Truszkowskiego wylozone w jego ksiazce o "Sztuce Krytycznej", która to sztuke, z jego rozumienia, Kowalczyk nazywa nieartystyczna publicystyka, ja dorzucilem tu dodatkowy, niezbedny, aspekt wystapienia tej sztuki - innych wykladni nie ma).
I tu się zwracam do Lukasza Guzka (bo jemu wysylam tez ten zalacznik): z jakiej paki mowiac o Nieznalskiej (i Kazmierczaku) mowisz o "Sztuce krytycznej"? Nieporozumienie! Ze "skrytykowala" religie? Przeciez ona sama mowi, ze nie. Ze wywolala "oddzwiek spoleczny"? Wczoraj Pan Prezydent otworzyl wystawe Mitoraja, co widziala cala Polska - oddzwiek nie mniejszy (w odroznieniu: może skonczy się zakupem a nie sadem).

Gorace pozdrowienia,
gorace pozdrowienia dla A.K. i dla bobaska.

PRZEMYSŁAW KWIEK:

Drogi Łukaszu!
Całkowicie zgadzam się z racjami twojego tekstu odpowiadającemu Kaźmierczakowi i też nie przyjmuję argumentacji Władka, która zasadniczo jest niechętna sztuce krytycznej - Kaźmierczak:"Z całą pewnością sztuka krytyczna jest uwikłana w programową misję naprawiania świata i dlatego tak mocno jest narażona na konflikty z politykami czy ludźmi myślącymi ideologicznie. Takie twierdzenie poniekąd wyjaśnia postawy artystów z kręgu sztuki krytycznej. Jest to jednak rzecz gustu - osobiście nie przepadam za sztuką, która ma jakiś, nawet uwewnętrzniony program".

Jednak w poniższym, twoim, cytacie mijasz się z prawdą:

"W polskim performance to Władek postawił tak zdecydowanie (i od początku) na postać performance zaangażowanego w krytykę kultury, społeczeństwa. Przed Władkiem performance polski był w większości narcystycznie skupiony na osobie performera oraz definiowaniu co to jest performance".

Stwierdzenie to stoi również w sprzeczności z tym, do czego przyznał się wyżej Władek. Że Władek "postawił" na to, do czego czuje niechęć?

Przemysław Kwiek

Info dla innych: do kompletu trzeba przeczytać w tegotygodniowym NIE 42(681)na stronie 9. - "Tchórza woń".

Łukasz Guzek - dzięki wszystkim za teksty. Cieszy mnie że jest w nich tyle sensownych myśli. To znaczy że mamy jakąś szansę. Ja sam później odniosę się do kwestii ogólnych a także do polemik skierowanych bezpośrednio do mnie.
Nie mogę jednak znieść obojętnie jednej sprawy: zgodnie z zaleceniem Przemka Kwieka zwróciłem uwagę na tekst w NIE i o mało nie zwróciłem świetnej sałatki ze świeżą bazylią którą właśnie zjadłem. Oto woń tchórza od Kaźmierczaka poczuli w redakcji Jerzego Urbana, który w stanie wojennym wykazywał się niezwykłą odwagą podsuwając reżimowi do dymania własną dupę i mówił jak mu przyjemnie. Kopać tylko leżących - ta niezwykle odważna zasada obowiązuje dziennikarzy NIE. I oto jakiś gównojad posługujący się słowem "sztuka" (W.K. - Waldemar Kuchany) z podobną odwagą potępia decyzje Władysława Kaźmierczaka. Zaznacza przy tym, że oni w redakcji zawsze byli ostrożni wobec sztuki Nieznalskiej. Bronili jej z ostrożności. Ale przynajmniej wiadomo o co NIE chodziło - gdy bronili Nieznalskiej, nie chodziło o Nieznalską i wolność sztuki, tylko by dołożyć LPR i katolikom, teraz w obronie Nieznalskiej atakują Kaźmierczaka by dołożyć Unii Wolności i liberałom. Poglądy niespecjalnie oryginalne, tylko dlaczego głosi się je w tak potwornie zakłamany intelektualnie sposób? Zaczynam rzygać gdy o tchórzostwo oskarża się Kaźmierczaka, który otwarcie próbuje dyskutować, także o własnych błędach. Tymczasem NIE puszcza intelektualne pierdy. Pewnie stąd moja chęć rzygania. Ktoś powie, przecież to NIE, po co się żołądkować. To święta prawda, ale mi tej sałatki szkoda.


Sztuke krytyczna spolecznie uprawiali w latach szescdziesiatych, siedwemdziesiatych i osiemdziesiatych tacy nestorzy akcji oraz performance jak Andrzej Partum, Wlodzimierz Borowski, jerzy beres, Zbigniew Warpechowski, Przemyslaw kwiek, Zofia Kulik, Andrzej Dudek-Duerer, Zbyszko Trzeciakowski i Jerzy Truszkowski.
Wezcie sie wszyscy, coscie oczka otworzyli niedawno i zainteresowali sie taka sztuka niedawno za dokladne badanie i opisywanie dziel procesualnych wyzej wymienionych artystow - to nie bedziecie strzelac takich gaf jak Lukasz Guzek i Wladyslaw Kazimierczak.
Gdyby kazdy z wymienionych powyzej artystow mial juz albumy poswiecone ich sztuce dostepne we wszyskich ksiegarniach w Polsce, to i Nieznalska nie mialaby procesu, bo spoleczenstow byloby swiatlejsze. |Ale elity nie pracuja niestety nad podnoszeniem poziomu swiadomosci kulturalnej spoleczenstwa. Tego oczywistym przykladem jest brak wielkich wystaw historycznych dokonan wyzej wymienionych artystow (poza Borowskim i Beresiem).
Dlatego niech Kazmierczak i Guzek wezma sie do solidnej roboty nad robieniem wystaw i katalogow wyzej wymienionych artystow.
z powazaniem,
jerzy truszkowski