Borsuk stoi na drodze. Na stopa do Berlina. Zamiast być na A-4, jest na lokalnej. HEJA HO! Ryczy sobie Borsuk. Jedziemy. Dzisiaj jest Noc Kupały; Słowianie są wyzwoleni, tańczą wokół ognisk na polach nasycając się orgią do woli. Germanie, ciężko powiedzieć. Widząc wyzwolonego Borsuka marszy się im czoło, cisną gaz w swoich mercedesach. Ci którzy się uśmiechali tracili kontrolę nad pojazdem powodując makabryczne wypadki. Dlatego właśnie Borsuk wybrał drogę lokalną. Tu też dużo ryzykował. W niewielkiej wiosce niedaleko Berlina omal nie został zlinczowany przez grupę wiejskich nazi wyrostków, którzy myśleli, że jest Pigmejem, bo nigdy nie widzieli Borsuka ani Pigmeja. Na szczęście zatrzymał się życzliwy Hans i podrzucił Borsuka do Klubu Polskich Nieudaczników na Torstrasse 66. I znowu bracia Słowianie. Lopez, Andriej, Piotr i oczywiście siostry Słowianki. Parę osób poznało Borsuka twierdząc, że za młodu występował w filmach przyrodniczych podobno było tam kilka ostrych scen wyjątkowo nieludzkich. On sam zachował w tej sprawie milczenie. Gdy przyszedł Waldek wieczór w Berlinie dopiero się zaczynał. Kilka kolejek w Klubie i zmiana Klubu. Przemieszczenie na drugą stronę do Rusków, klubu gdzie można naprawdę się zrelaksować, choć może są mniej subtelni w rozrywce od Polskich Nieudaczników. Rozpusta na parkiecie, lustra na suficie, żieńszcziny, ruskie rege, czyli suflet łamany sztagancikiem. Dawaj!!!!!! Flaszka bimbru za pazuchą i idziemy do bazy Waldiego, gdzieś tam het w Berlinie. Borsuk czuł się delikatnie wyczerpany, nie przywykł do tak wielkich przestrzeni. Rajd z flaszką skończył się dopiero rano, utratą przytomności w parku za Reichstagiem. Koma. Tak już jest, nawet zwierzęta mają swoje granice wytrzymałości. Po kilku godzinach pobudka, i znowu wielki Berlin i wielki spacer. W końcu dotarliśmy bezpiecznie do Waldka w gościnę. Po obiedzie Borsuk doszedł do siebie, odzyskał kolor. Minęła migrena i wrócił apetyt. Rozkojarzone Słońce świeci nad metropolią, a Zeppeliny leniwie bujają w obłokach. Niedziela, jakiś koncert na ulicy, trawka w parku, tysiąc papierosów, ajne klajne kolejne biere. Sympatyczny dzień, spokojna noc. Powrót na drogę, płacz na rozstanie, jeszcze się zobaczymy, trzymaj się Waldek, trzymajcie się Nieudacznicy Polscy i Ruscy.

Tym razem A4 i prosta. Uciekamy przed burzą, jeepem z farmerem. On wie, kto to Borsuk. Ma jednego ziomka z tego gatunku na sumieniu. Autostopowicz najlepszym spowiednikiem kierowcy. Przyznał się i wcale nie poczuł się lepiej, pękł wrzód i jątrzy się rana, my już wiemy, a jutro dowie się świat. Przysiągł, że zaprzestanie mordów na ssakach, że wrzuci do jeziora dubeltówkę, co najwyżej strzeli sobie z wiatróweczki do jakiegoś ptaszka. Nie ufajcie farmerom, mówi Borsuk, to zorganizowana banda bezczelnych świniopasów, trzeba mieć na nich oko i na ich dzikie krowy. Wysiedliśmy w popłochu na odludnej stacji benzynowej, pioruny trzaskały, powietrze zgęstniało. Excuse me sir, could you take..............następnym dobrodziejem w gablocie okazał się Stefan, tirman. Milczy przez całą drogę, chyba nie kuma nawet esperanto, pewnie jest telepatą, wyraźnie można wyczuć jego zdolności psa pomimo tępej fizjonomii. Zatrzymuje się tam gdzie trzeba. Danke Stefan. Jest już noc, pełnia księżyca, na szczęście nie pada, olbrzymi parking zaprasza nas. Boris, Boris słychać nawoływania z ciemności, gdzie zaparkowany jest tir na holenderskich rejestracjach. To przecież Juras, kupę lat. Pamiętasz Kraków, mgiełka znad Wisełki, piwko na Kaziku. Tak, Tak, a jakże. Wtedy tuż po pogrzebie twojego teścia, święty człowiek, takiego fliziarza ze świecą szukać. Świat jest mały, a Juras ma wielkie serce i podrzuca Borsuka znanego również w niektórych środowiskach jako Boris, do Hagi. Tam tylko chwilka, piracka kawiarnia, kąpiel w zimnym morzu północnym, rzut okiem na holenderską makietę zrobioną na tiptop i co.....................

Paryż czeka, nie ma czasu na ser i wiatraki. Borsuk zaledwie machnął łapą i z piskiem chamuje tojota.

Zakochana para, sex za kółkiem, pod kólkiem, na kółku i 180 na liczniku, oczywiście gubimy się gdzieś po drodze, bo zakochani z topografią są na bakier. Cóż, bywa tak, a nie inaczej, czasem nie można cały czas prostą do przodu. Borsuk trochę się zdenerwował, ma już swoje lata. Musiał zrezygnować z tej tojoty. Sto kilometrów do Paryża i komplikacje. Pleto jednak czuwa nad Borsukiem i ostatni odcinek pokonuje w towarzystwie dżentelmena, któremu tak samo śpieszy się do francuskiej stolicy. Francja elegancja, ciepła noc, a Borsuk na ulicy, spłukany do cna z ostatnią paczką Carmenów czerwonych przy duszy.
Nie ma co się łamać, to nie przystoi Borsukowi z klasą. Noc nad Sekwaną, okolice placu St Michel, szczury i szczochy, turyści, turyści. O czym można więcej marzyć, płynie sobie rzeczka, a bezdomny Borsuk upaja się poezją gwarnych bulwarów przygotowując się do uczty z paprykarzu szczecińskiego, jeszcze tylko jeden papieros przed snem na wyspie. Jest brudny, ale szczęśliwy. Budzi go kosiarz żywopłotów. Mówi, Bon żur Mesje. I zaczyna się nowy dzień. Mniejsza o poranek i popołudnie, te pory dnia w tym mieście są raczej nudne. Wieczór oznacza początek. A początek tego wieczoru to bar na rue Rochechouart. Tutaj Borsuk spotyka wreszcie ciocię Koko i spędza w jej objęciach resztę tegoż wieczoru popijając pastis, gawędząc o swojej włóczędze. Kilka następnych dni to istny raj dla tego gada. Pije, je ślimaki i podrywa mulatki na Pigalaku.

Miała być konferencja prasowa, ale nic z tego nie wyszło. Poczuł potrzebę zmiany, większej przestrzeni. Wybrał jako kierunek południe, a najlepsze co jest na południu to Marsylia. TGV, dwie godziny, proszę bardzo; wąskie uliczki, arabskie dzielnice, ahlan, ahlan. Tak jak chciał znalazł się w śródziemnomorskim plenerze pięknych kobiet i wybrednych smaków na pstryknięcię, nadal jednak coś kazało mu pędzić przed siebie, zupełnie bezsensu, chwilowe przystanki, krótkie zadumki, przypadkowe orgie, do czego zmierza, milczące coś, coś tam puka, coś kombinuje.

Pewnego dnia wybrał się na plażę, długo się opalał, później wskoczył do wody morze było zimne, wiał Mistral, 50m delfinem na rozgrzewkę, później żabką kawałek i nagle dał nura i koniec. Nie ma Borsuka. Wypłynął dwa tygodnie później na Costa del Wisła między mostem Grunwaldzkim, a Piłusudzkiego. Wrócił do domu. Był powściągliwy jeśli chodzi o opowieści i jakoś tak dziwnie zamknięty w sobie. Po kilku dniach zaginął. Wyszedł po papierosy. Wczoraj zidentyfikowałem jego ciało przy torach na moście kolejowym. Wiem, że to nie było samobójstwo, ani morderstwo. Mógł żyć w nieskończoność, ale ile jest warte życie bez śmierci, szczególnie dla tego Borsuka.
Umarł i żyje, a życie jego jest podróżą.
DOKUMENTACJA PODRÓŻY::